Po co nam Europa? O rozbieżnych wizjach integracji
Krzysztof Iszkowski
W publikacji dokonano przeglądu rozwoju partykularystycznej i uniwersalistycznej doktryny integracji. Opisano poglądy tych, którzy zostali w największym stopniu zapamiętani, a których projekty można zaklasyfikować jako wyraz jednoznacznie partykularystycznej lub jednoznacznie uniwersalistycznej logiki integracji.
W kolejnych rozdziałach omówiono praktyczne konsekwencje, jakie rozbieżność pomiędzy obiema logikami integracji europejskiej ma dla sposobu radzenia sobie przez Unię z głównymi, bieżącymi wyzwaniami politycznymi – zacieśnianiem współpracy w dziedzinach pozostających dotychczas w gestii rządów narodowych, kwestią przyjmowania kolejnych państw członkowskich oraz zjawiskiem deficytu demokracji, które sygnalizuje zarówno niedoskonałość struktur decyzyjnych UE, jak też brak wystarczającego poparcia dla procesu integracji wśród mieszkańców Europy. To właśnie w tym miejscu uwidacznia się istota i skala problemu.
Z recenzji prof. dr hab. Joanny Kurczewskiej:
„Na tle polskich studiów europejskich książka Krzysztofa Iszkowskiego korzystnie się wyróżnia, łącząc tyle efektywnie co efektownie warsztat historyka idei z warsztatem socjologa, którego obiektem zainteresowania jest polityka i ideologia porządkująca i uzasadniająca różnorakie konstrukcje jednoczenia się Europy. Niebagatelną i pozytywną rolę odgrywa eksperckie doświadczenie autora, który potrafi analitycznie korzystać zarówno z informacji o polityce bieżącej, jak i z diagnoz wielkich strategii politycznych, nie zapominając przy tym o perspektywie historyka idei i filozofa polityki”.
Informacje o autorze
ISBN: 978-83-7641-058-6
Data wydania: 2009
Liczba stron/format: 224/B5
Okładka: miękka
Cena:
40.00 zł
Przy zamówieniu książki przez internet rabat 10%
Spis treści:
Wprowadzenie
Od Karola Młota do Jean-Jacques’a Rousseau
Święte Przymierze, Młoda Europa i panslawizm – twarze integracji w XIX wieku
Mitteleuropa – wielkie Niemcy czy mała Europa?
Richard von Coudenhove-Kalergi i Paneuropa w nowym systemie światowym
Integracja w praktyce – powolny schyłek partykularyzmu?
Geneza i rozwój uniwersalizmu
Projekt wiecznego pokoju Immanuela Kanta, kosmopolityczna demokracja i jednoczenie Europy
Wizje paneuropejska i uniwersalistyczna a„pogłębianie” i „poszerzanie” Unii
Deficyt demokracji oraz koncepcje jego przezwyciężenia
Unia Europejska a trzy cnoty polityczne
Scenariusze uniwersalistyczne i wiążące się z nimi zagrożenia
Scenariusz paneuropejski: Europa demokratyczna i solidarna
Próba podsumowania
Bibliografia
Indeks nazwisk
Zobacz także:
Stasziców czy Reytanów chce od nas Europa?
Jeśli jedziemy do Brukseli i Strasburga przypomnieć, że "nam się należy" i że "co twoje, to moje, a co moje, to wara ci od tego", to na zrozumienie trudno będzie liczyć.
Unia Europejska to ani chaotyczna prowizorka, ani misterna architektura przyklepana w tajemnych komnatach. Blisko 60 lat temu, kiedy Robert Schuman zaproponował powołanie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, podkreślano, że ostateczny kształt integracji Europy jest nieznany. Kto wie, czy to nie deficyt precyzji stanowił istotne źródło dotychczasowych sukcesów integracji. Ludzie, których jutro wybierzemy do Parlamentu Europejskiego, mają po części za zadanie przybliżenie nas do ostatecznej konstrukcji Unii.
Poszerzać
Dylematów stoi dziś przed Unią wiele. Najważniejszy da się wyrazić w pytaniu: czy ją poszerzać, czy pogłębiać? Czy ma być światowym systemem współpracy narodowych demokracji, czy paneuropejską federacją? Ma przyjmować nowych członków czy zacieśniać współpracę wśród tych, którzy już w UE są? A jeśli tak, to jak to czynić? Gdzie się zatrzymać? W jakim tempie poruszać się po integracyjnej ścieżce?
Argumenty za rozszerzeniem, tak zwany nurt uniwersalistyczny, jasno wykłada raport brytyjskiej Izby Lordów sprzed trzech lat: „UE otoczona jest przez » łuk niestabilności « rozciągający się od Rosji, przez Białoruś, Ukrainę, potencjalnie zapalne Kaukaz oraz Bałkany, po pogrążony w wojnie Bliski Wschód. Nadzieja na ostateczne członkostwo w UE stwarza silne bodźce do pozytywnej zmiany w wielu sąsiadujących krajach. Jeśli ta nadzieja zostanie odebrana, Turcja, zachodnie Bałkany oraz te kraje dawnego Związku Radzieckiego, które wyraziły swoje zainteresowanie członkostwem, mogą napotkać znaczące trudności we wdrażaniu reform koniecznych dla konsolidacji demokracji, w budowie sprawnej gospodarki rynkowej oraz w znalezieniu trwałych rozwiązań kwestii granicznych i praw mniejszości”. Wielu oponuje. Valéry Giscard d’’Estaing, były prezydent Francji, mówi wręcz, że "członkostwo Turcji oznaczałoby koniec Europy". Według Davida Owena, byłego szefa brytyjskiej dyplomacji,
"trzeba mieć jasność, gdzie przebiega granica Europy, a granica Europy nie przebiega na granicy turecko-irańskiej". Ale Ankara już od dawna puka do drzwi Brukseli, skąd padły obietnice i skąd nadeszły warunki. Turcy, nie bez bólu, warunki te spełnili i teraz czują się zawiedzeni, jeśli nie wykiwani. Od czasu obietnic sporo się zmieniło: Unia się powiększyła o kraje byłego bloku sowieckiego, które potrzebują gigantycznej pomocy, w Europie nasiliły się - nie bez powodu - sentymenty antyislamskie, a Turcji przybyło ludności.
Jeden z moich tureckich przyjaciół, zwolennik laicyzacji kraju, powiedział mi: "Bardzo bym chciał, abyśmy się znaleźli w Europie, ale gdybym odpowiadał za finanse Belgii czy Holandii, tobym wetował". Z jednej strony Turcy już w Europie są - wystarczy wizyta w Berlinie czy Wiedniu, aby się o tym przekonać; z drugiej strony perspektywa wspierania milionów biednych chłopów Anatolii, nie wspominając o różnicach kultury i religii, działa jak zimny prysznic. Poza kasą są jednak względy geopolityczne. Zbigniew Brzeziński napisał, że jeśli Turcja i Ukraina dojdą do wniosku, że droga do Europy jest dla nich zamknięta, Turcja może się stoczyć w stronę niespokojnego Bliskiego Wschodu, podczas gdy Ukraina może znów pobudzić imperialne ambicje Rosji. Myślę, że nadchodzące lata nie przyniosą dramatycznych postępów na drodze poszerzenia Unii - przyjęcie Turcji to krok niezwykle trudny, ale coś trzeba jej powiedzieć, może wymyślić jakąś nową, akceptowalną dla obu stron formułę stowarzyszenia. Zaś Ukraina na własne niejako życzenie zdaje się oddalać, a nie przybliżać do Unii, i robi wiele, aby wpaść w objęcia Rosji.
Pogłębiać
Drugi nurt myślenia o przyszłości Unii, tzw. paneuropejski, zakładający ściślejszą integrację obecnych członków, tworzenie Stanów Zjednoczonych Europy, również jest twardym orzechem do zgryzienia, bo stawia pytania o suwerenność i kompetencje organów ponadnarodowych. Były belgijski premier Guy Verhofstadt powiada, że główne wyzwania Europy to globalizacja i starzenie się ludności, a tuż za nimi idzie promocja nauki i walka z przestępczością. W myśl strategii lizbońskiej przed 2010 r. UE miała stać się "najnowocześniejszą opartą na wiedzy i najbardziej konkurencyjną gospodarką świata". Tak się nie stanie. Europa ma wprawdzie światowej klasy centra badawcze, lecz zżera je zmora biurokracji i aby zmniejszyć lukę technologiczną dzielącą ją od USA, trzeba nie tylko więcej pieniędzy na badania, ale więcej zachęt dla innowacji i więcej elastyczności. Aby walczyć skuteczniej z przestępczością, Verhofstadt proponuje unijne biuro śledcze i unijną prokuraturę. Upomina, że "należy wreszcie utworzyć połączone siły zbrojne oraz prowadzić politykę zagraniczną, dzięki której Europa przemówi jednym głosem". To odpowiedź na zarzut, że Unia to gospodarczy gigant i polityczny karzeł.
Timothy Garton Ash pisał niedawno w "Gazecie", że gdy Europa miała szanse pokazać, co potrafi, pokazała, że jest słaba, podzielona, irytująco napuszona i bezmyślnie dbająca o swój splendor. I że tak właśnie widzą ją inne ośrodki siły - wspomniał o Waszyngtonie i Pekinie, ale można by do tego spokojnie dorzucić Moskwę. Pisał motywowany głównie bezradnością Europy w czasie wydarzeń w Strefie Gazy i kryzysu gazowego, ale można by dołożyć impotencję w kwestii irańskiego programu nuklearnego, tragedii w Darfurze czy dylematów co do obecności w Afganistanie. Zanim Unia przymierzy się na serio do wspólnej armii, co wydaje mi się odległą perspektywą, czy wspólnej polityki zagranicznej, co jest - sądzę - i prostsze, i pilniejsze, musi się zmagać z wyzwaniami gospodarczymi i społecznymi. Większość regulacji socjalnych pozostaje w gestii państw członkowskich. Poszczególne kraje ogromnie różnią się nie tylko stopniem zamożności, ale też systemem redystrybucji dochodów. To zresztą jest główne źródło zastrzeżeń wobec integracji europejskiej ze strony krajów skandynawskich, gdzie redystrybucja przestała być dawno zależna od tego, jaki rząd jest u władzy, a stała się jednym z celów istnienia państwa. W wielu bogatych krajach Unii jesteśmy świadkami nie tyle demontażu państwa opiekuńczego z pobudek ideowych, ile jego stopniowego okrawania z racji realiów fiskalnych. Ale to nie oznacza, że wszyscy palą się do przyjęcia jednakowych priorytetów. Inne doświadczenia, inne systemy wartości, inaczej pojmowane poczucie solidarności, a wreszcie inny potencjał gospodarczy sprawią, że jednocząca się Europa niekoniecznie dążyć będzie do jednolitego kształtu wsparcia i opieki państwa dla swych obywateli. Tyle że skomplikuje to problem "dumpingu socjalnego". Niższe koszty pracy już dziś zachęcają firmy z krajów o bardziej szczodrych zabezpieczeniach socjalnych, nie tylko o wyższych płacach, do wędrówki tam, gdzie im taniej. Stąd ważne dla Unii wyzwanie to harmonizacja polityki społecznej. Obniżanie standardów w krajach bogatych spotka się z uzasadnionym sprzeciwem społecznym. Zbyt szybkie ich podnoszenie w krajach biedniejszych wystawi tamtejsze firmy na szok, któremu mogą nie podołać, tak jak stało się to w NRD, gdzie firmy nieźle prosperujące padły, gdy zmuszono je nagle do przestrzegania standardów zachodnioniemieckich. Dążenie do kompromisu w tych sprawach w sposób przejrzysty dla społeczeństw krajów członkowskich to trudne zadanie, ale i test unijnej demokracji.
Solidarniej
Parlament to jedyna ponadnarodowa instytucja Unii wybierana głosami jej obywateli. Posiedzenia Rady Europejskiej odbywają się za zamkniętymi drzwiami, a większość unijnej biurokracji, która ma większy wpływ na stanowienie prawa niż w takich "federacjach" jak Stany Zjednoczone lub Szwajcaria, jest nominowana i odpowiada przed Komisją. Jej mandat też nie pochodzi z powszechnych wyborów. Sytuacja, w której wyjęte spod bezpośredniego nadzoru obywateli instytucje Wspólnoty przejmują kompetencje państw członkowskich, w jakie wyposażyli je obywatele, w demokratycznych wyborach rodzi zagrożenie - autentyczne, niewydumane przez eurosceptyków. Pytanie, jak się z nim zmagać: czy w ślad za kompetencjami przenosić na szczebel Wspólnoty demokratyczny nadzór, czy też odebrać Wspólnocie dopiero co przyznane kompetencje, a w tym kierunku zmierzają przeciwnicy integracji z pobudek nacjonalistycznych.
Zważywszy na rosnące kompetencje unijnej biurokracji, naturalne jest pytanie, czy rozumie ona nasze racje i jest w stanie zachować ekspercką niezależność. W bardzo ciekawej, świeżo wydanej książce "Po co nam Europa? O rozbieżnych wizjach integracji" Krzysztof Iszkowski, młody polski socjolog, wykładowca integracji europejskiej w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, a obecnie pracownik Komisji Europejskiej, pisze: "Rzeczpospolita nie jest zdolna aktywnie kształtować unijnej polityki w warunkach międzyrządowego trybu podejmowania decyzji, który opiera się na dwustronnych negocjacjach i budowie koalicji. Niemoc ta wynika zarówno z braku politycznej i ekonomicznej siły, która dawałaby rządowi w Warszawie wystarczająco dużo aktywów przetargowych, jak też z ilościowych i jakościowych braków kadrowych polskiej dyplomacji. W tej sytuacji naturalnym sojusznikiem Polski w wewnątrzunijnych sporach jest wspólnotowa biurokracja". To interesująca hipoteza, choć bez wątpienia będzie kwestionowana. W naszym kraju źródłem obaw i emocji, często negatywnych, wokół idei integracji są zrozumiałe z historycznych powodów kwestie suwerenności i narodowej tożsamości. Nie można ich lekceważyć. Zbyt wiele krwi przelaliśmy w obronie suwerenności, zbyt wiele wysiłków ponieśliśmy dla zachowania tożsamości, aby wykluczyć je z myślenia o przyszłości. Tyle że w myśleniu tym nie powinny nas zniewalać strach i uprzedzenia, idea otoczonej twierdzy, ostatniego bastionu czy przedmurza. Refleksja nad interesem narodowym wymaga przed wszystkim zrozumienia, w jakim kierunku zmierza świat, jak możemy na ten kierunek najskuteczniej wpływać, co czynić, aby nasz głos był słyszany, szanowany i uwzględniany.
Tożsamość europejska odwołuje się raczej do wspólnoty interesów i wartości niż do kulturowej spuścizny. To nakazuje, aby Wspólnota orientowała się na przyszłość. Ale to nie oznacza negowania czy przekreślania przeszłości, braku szacunku dla tradycji. Europejczycy nie porzucą języków narodowych. Nie grozi nam czytanie "Pana Tadeusza" po angielsku. Osiągnięcie wyższego stopnia tożsamości europejskiej nie będzie się manifestować w tym, że Węgrzy czy Polacy będą koniecznie kibicować Włochom, bo to Unia, w meczu piłkarskim z Brazylią, Szwedzi odrzucą śledzia na słodko, a my zapomnimy o śmigusie-dyngusie. Integracja to nie uniformizacja, choć na dowód jałowości poczynań Unii podaje się często zabiegi o zadekretowanie pożądanego wymiaru ogórka.
Dla Europy demokratycznej i solidarnej wrogiem jest narodowy partykularyzm i egoizm. Skoro z unijnych funduszy dostaliśmy ponad 12 mld euro, zaś do końca 2015 r. mamy do wydania z nowego budżetu Unii 68 mld, to ta manna nie spada z nieba - pochodzi po części z kieszeni innych Europejczyków, od nas w większości zamożniejszych. To, skąd będą pochodzić unijne fundusze w przyszłości, jak będą dzielone, na co przeznaczane, zależy w ogromnym stopniu od tego, jaka będzie architektura Unii, jej priorytety i sposób decydowania.
Jeśli jedziemy do Brukseli i Strasburga przypomnieć reszcie, że "nam się należy" i że "co twoje, to moje, a co moje, to wara ci od tego", to na zrozumienie, nie mówiąc o sympatii, trudno będzie liczyć. Jeśli natomiast jedziemy, aby kształtować przyszłość Europy w komplikującym się świecie, współdecydować o kierunkach rozwoju i charakterze unijnych instytucji, to potrzeba tam ludzi, którzy innych się nie boją, którzy są świata ciekawi, sporo o nim wiedzą, są przygotowani do obrony naszych interesów, ale również świadomi interesów innych, otwarci na debatę i kompromis. Europa, tak jak Polska, potrzebuje architektów i budowniczych, a nie zatwardziałych egoistów i ekip demontażu. Potrzebuje bardziej ludzi o temperamencie i postawie Staszica niż Reytana.
*Andrzej Lubowski - ekonomista i publicysta. Od 1982 r. mieszka w Kalifornii
Gazeta Wyborcza z 5.06.2009
|